Nie wytrzymali. Pobili ratowników medycznych na SOR w Łukowie

fot. https://spzoz.lukow.p

Zdarzyło się Wam kiedyś czekać na SOR-ze? A może nie osobiście, a z kimś Wam bliskim? Ten specyficzny świat, w którym możesz zrobić zdjęcie swojemu zegarkowi co pięć minut, a i tak nie zrobisz go wystarczająco szybko. Bo zanim w ogóle usłyszysz słowo „proszę”, musisz przebyć całą ceremonię triage – medycznej selekcji, w której zielony pacjent to jak na kompromis: jest, ale nikt nie szaleje z radości, że musi się nim zająć od razu. Im bardziej wiosenny kolor, tym dłuższe oczekiwanie – i tak w dużym uproszczeniu.

Na SOR-ze spotyka się cały przekrój społeczeństwa: od menedżerów z krawatami w kant, przez młode matki z wózkami, po tych, którzy zamiast zapiąć pasy, wolą zapomnieć o granicach własnej cierpliwości. A ostatnio doszli jeszcze uchodźcy i specjaliści z najdalszych zakątków świata. Każdy obserwuje każdego – i każdy marzy tylko o jednym: żeby jak najszybciej opuścić to sanatorium niepokoju.

Po drugiej stronie lady siedzą oni – ci, którzy widzieli już wszystko: pielęgniarki, ratownicy, lekarze. Kiedyś empatia, dziś… no właśnie, czy można mówić o empatii, gdy codziennie widzi się ból, rozpacz i śmierć? To znieczulica powszechna – po łacinie “indifferentia medica” – nie mylić z anestezjologią. To oni przyjmują nielogiczne żądania, tłumaczą, uspokajają, ale kiedy emocje pacjentów lawinowo rosną, granica zostaje przekroczona i czasami tej empatii brakuje, albo trudno ją przekazać.

Problem zaczyna się w chwili, gdy kolejność przyjęcia nie zgadza się z oczekiwaniami. Gdy zniecierpliwiony pacjent odczytuje swój kolor niczym wyrok. Wtedy zaczyna się grad komentarzy: przekleństwa służby zdrowia, rządzących, świata i – oczywiście – całej ludzkości. Pytania „kiedy w końcu?”, potem krzyki, aż wreszcie awantura, podczas której nerwy puszczają nawet najbardziej opanowanym.

Ostatnio mieliśmy tego tragikomiczny przykład w Łukowie. Było po dwudziestej, SOR już tylko lekko tętnił od szumów respiratorów i monotonii kroków personelu. Wtedy na korytarzu zaczęła się burza – 51-latek wraz z 18-letnim synem, zirytowani działaniami po prostu postanowili zaatakować ratowników. Chodziło o mamę pierwszego i bacię drugiego w jednej osobie. Najpierw słowa, a gdy te nie wystarczyły, poszły pięści. Obaj ratownicy doznali obrażeń – na szczęście nie zagrażających życiu – ale szok pozostał.

W efekcie obaj agresorzy spędzili noc w policyjnej celi, a w konsekwencji mogą spędzić do trzech lat za kratkami. Bo personel medyczny, podobnie jak funkcjonariusz publiczny, ma prawną ochronę przed znieważeniem i naruszeniem nietykalności. I choć ciężko wyobrazić sobie bardziej stresującą pracę niż ratowanie ludzkiego życia, to właśnie ratownicy często dostają baty – słownie i fizycznie – od tych, którzy oczekiwali głównie szybkiej diagnozy i tabletek na wszystko.

Ta historia uczy nas jednej rzeczy: każdy, kto przekracza próg SOR-u, jest równocześnie pacjentem i… konsumentem usług medycznych. I choć nie zapłacił za nie bezpośrednio z własnej kieszeni, traktuje je jak fast food – „poproszę szybko, duży zestaw, bez zbędnych ceregieli”. Zapomina tylko, że tam, za parawanem, bije serce ratownika, który w każdej sekundzie może zrobić różnicę między życiem a śmiercią.

Może więc zanim zaczniemy krzyknąć „to skandal!”, warto spojrzeć na to z drugiej strony? Przypomnieć sobie, że to ludzie z dyplomami i zapałem, nie roboty, które zawsze muszą działać na zawołanie. Świat tuż za drzwiami SOR-u bywa i brutalny, i absurdalny. Ale pamiętajmy – to tam ratują nas, nie odwrotnie.

Ostatnie komentarze

  1. Więc uzupełniam historię, bo w twoim streszczeniu a zwłaszcza w wypowiedzi mecenasa tego NIE MA!!! Od razu poprawię swój błąd…

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 Komentarze
Najnowsze
Najstarsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze