Wujaszek Heinrich uczy i bawi: Barbershop, czyli o tym, jak forma przerosła treść

Kiedyś, w czasie wielkich upałów podjechałem do takiej obwoźnej budki nabijającej klimę samochodową czynnikiem chłodzącym, aby – zgadnijcie – nabić sobie klimę. Ponieważ była tam lekka kolejka, a samo nabijanie jednego auta trwało z 10 min., to właścicielowi tego przybtyku dałem kluczyki i powiedziałem coś w stylu:
– „Widzę, że zejdzie się chwilę, to masz tu kluczyki i jakby przszła moja kolej to zacznij robić, a ja w tym czasie pobiegnę do fryzjera bo mam tu niedaleko”.
Gość przerwał robotę, popatrzył na mnie jak na jakąś zniewieściałą ciotę i wyburczał:
– „Do fryzjera?!?!? Hahaha!!! Może, jeszcze do jakiegoś STYLYSTY?!”.
– „No do fryzjera po prostu. Ty nie chodzisz do fryzjera? Kto Cię strzyże?”, zapytałem nie kryjąc zdziwienia.
– „Sam się strzygę!”, wykrzyknął.
Popatrzyłem… no i faktycznie. Gość był ojebany po całości maszynką na jedną długość. Nie jest to raczej wielka sztuka, więc zaiste – mógł to zrobić sam.

Zdarzenie to uświadomiło mi coś – jedni strzygą się sami maszynką na jedną długość, inni chodzą do fryzjera.

Ja należę do tej drugiej grupy i z łezką w oku wspominam czasy, kiedy w Stoczku swe usługi świadczyli dwaj Mistrzowie nożyczek i brzytwy – ś.p. Pan Tobiasz (nie pamiętam Jego imienia) oraz Jego uczeń Pan Stanisław (nie pamiętam Jego nazwiska). Do dzisiaj, Ci dwaj Panowie oraz ich zakłady są dla mnie kwintesencją zawodu fryzjera i wzorem tego, jak taki zawód i zakład (tak, ZAKŁAD, nie żaden „salon”) powinien wyglądać. Byli to fryzjerzy męscy, swoją robotę wykonywali szybko, dobrze i tanio (dziś rzadko spotykany zestaw). Młodszym czytelnikom warto nadmienić, że Panowie oprócz strzyżenia włosów świadczyli także usługi golenia zarostu i strzyżenia brody, ale o tym później.
Schyłek ich działalności przyszedł wraz z nastaniem ery młodych adeptów fryzjerstwa. W Stoczku były to głównie kobiety, które pomimo iż strzygły fachowo (sam korzystałem), raczej nie tykały się ogarniania męskiego zarostu (nie miały tego w cennikach). Jednocześnie, w dużych miastach, tradycyjne zakłady zaczęły wypierać „salony” damsko-męskie. W miejsce Mistrzów i prawdziwych Fachowców, w owych „salonach” weszły dziwne osobniki uważające się za artystów. Ceny poszybowały w górę, bo przecież „artysta” musi się cenić, jednak zakres i jakość usług dla mężczyzn pikowały w dół. Byłem kiedyś klientem warszawskiego „salonu”. Firma polska, jednak o francuskobrzmiącej nazwie (no wiadomo). „Artysta” na przywitanie podał mi wiotką rękę tak, jakbym był zobowiązany mu ją ucałować. Męczył się z moimi krótkimi włosami 40 minut a efekt i tak był bardzo daleki od tego, jaki chciałem uzyskać. Dla ułatwienia pokazałem mu zdjęcia jak mnie obcięła dziewucha z Ukrainy za całe 20pln i powiedziałem, żeby zrobił tak samo. Nie dał rady. Jak skończył, to pełen niesmaku wymruczałem:
– „To weź mnie jeszcze chociaż ogol”
– „Nie świadczymy takich usług”, odparł „artysta”.
W sumie to mnie po części ogolił, bo na koniec strzyżenia rozpakował maszynkę „jednorazówkę” i wygolił mi resztki włosów z tyłu szyi. Skasował dziewięć dych…

W tym całym padole rozpaczy pojawiło się światełko nadziei – brody i wąsy wróciły do łask. Zaczęły wręcz być modne. Wskutek tego, jak grzyby po deszczu, powyrastały „barber shop’y”. Pojęcia „barber” i „barbershop” były do niedawna w Polsce mało znane, gdyż wcześniej albo był fryzjer, który, zwłaszcza w fazie wspomnianego wyżej „regresu” ogarniał tylko włosy na głowie, lub „golibroda”, zawód w pewnym momencie niemal całkowicie wymarły, który, jak nazwa wskazuje, zajmował się zarostem na twarzy. W krajach anglojęzycznych jednak „barber” jest czymś pospolitym i oznacza po prostu fryzjera w pierwotnym tego słowa znaczeniu – zajmującego się włosami na głowie i twarzy. Taki współczesny polski fryzjer + dawny golibroda w jednym. W ogóle to nazwa ta jest chyba zangielszczeniem od hiszpańsiego słowa „barba”, czyli broda. Dziwne, bo przecież w języku angielskim jest określenie na brodę – „beard”… więc powinno być chyba „bearder” 🙂 To tak w formie dygresji.
Zatem nowopowstałe barbershopy dawały mi nadzieję na rzetelne, fachowe zajęcie się męskim owłosieniem tu i tam, bez zbędnej pseudoartystycznej, transpłciowej otoczki.

Zdarzało mi się w życiu zapuszczać dłuższy zarost, jednak nigdy nie miałem brody. Jestem fanem golenia tradycyjnego – z pędzlem, tyglem i oldschoolową maszynką na żyletki. Jako ciekawostkę powiem, że, jak nietrudno się domyślić, wynalazcą maszynki na żyletki, jak i samego wsadu do niej jest ś.p. Pan Gillette. Stąd też wzięła się nazwa. Samą ciekawostką jest fakt, że dzisiaj firma Gillette produkuje wyłącznie jakieś plastikowe jednorazówki lub te reklamowane przez sportowców maszynki systemowe – dwu, trzy, cztero i więcej ostrzowe (kiedyś tych ostrzy będzie sto). A żeby kupić tradycyjną maszynkę na żyletki, najłatwiej się zwrócić do chyba największego konkurenta firmy Gillette, czyli Wilkinson. Ich maszynki na żyletki są łatwo dostępne w popularnych drogeriach i supermarketach. I ja maszynkę tej firmy posiadam.

Tak więc, pomimo że nawet podobały mi się niektóre aspekty posiadania brody – np. swoiste „wygładzenie” mimiki twarzy, co przy moich częstych, niezamierzonych, ironicznych uśmieszkach pod nosem jest pożądane, długo nie zapuszczałem jej. Byłem ciekaw jak będę wyglądał „w brodzie” jednak każda próba dłuższego niegolenia się skutkowała tak potężnym swędzeniem mordy, że w pośpiechu biegłem do łazienki i z pomocą w/w maszynki obracałem wniwecz pierwotne plany. Przełom przyszedł wraz z potworną infekcją dróg oddechowych, która zatrzymała mnie na dwa tygodnie w domu. Nie goliłem się przez ten czas. Doczytałem w necie, że aby złagodzić swędzenie należy zaopatrzyć się w olejek lub balsam do zarostu. Zamówiłem więc specyfik o nazwie czechosłowackiego bohatera kreskówek, co faktycznie pomogło wytrzymać. Nie byłem przekonany do efektu, jednak mojej kobiecie się podobało, zatem postanowiłem zostawić. Takim sposobem zostałem posiadaczem pokaźnego wąsa i brody.

Z czasem moja broda urosła na tyle, że zaczęła się mierzwić i ja zacząłem swoim wyglądem przypominać jakiegoś amisza. Była to moja pierwsza w życiu broda, zatem o jej samodzielnym strzyżeniu miałem pojęcie jak świnia o gwiazdach. Pomyślałem, że trzeba, aby zajął się nią fachowiec – przystrzygł, doradził, wyznaczył kierunek. Zapadła więc decyzja – idziemy do „barbera”!!!

Nauczony doświadczeniem z ery pseudoartystycznych „salonów”, domyślałem się, że może nie być łatwo z terminem oraz, że trzeba sprawdzić ceny aby przypadkiem po strzyżeniu nie zostawić u „barbera” średniej krajowej. Podobno Google naszym przyjacielem jest, zatem fraza „barber Warszawa” wpisana w szukajkę i jedziemy. No i tu pierwsze zderzenie z dzisiejszą, debilną rzeczywistością. Żyjemy w czasach, gdzie nawet do zakupu papieru toaletowego wypada mieć aplikację na telefonie. Nie inaczej było w przypadku barbera. Dzwonię, odbiera gość o głosie, który bardzo niejednoznacznie wskazuje na jego „płeć kulturową”. Mówię, że chcę ogarnąć włosy i brodę i pytam na kiedy mogę się zapisać. On na to:
-„Wyślę panu link do aplikacji, proszę zobaczyć nasz kalendarz. Najbliższe zapisy już na grudzień.”
-„ Nosz kurrrrwa…” – myślę… mamy październik…
Co do cenników to chyba barberzy wzorują się na swoich starszych kolegach „artystach”… Elektorat PIS-u, a więc beneficjenci socjalu wszelkiej maści, chyba nie są ich targetem… Wszak patrząc na cenniki niektórych współczesnych golibrodów nietrudno u nich po jednej wizycie zostawić całe 500+.
Mój idealny fryzjer zawsze cechował się trzema wskaźnikami: blisko, tanio, szybko. „Barber”, którego znalazłem miał dwie z tych cech. Był na mojej dzielni, no i umówił mnie na wizytę na następny dzień. Przez telefon, a nie przez jakąś apkę, a to też plus.

Przy okazji wyszukiwania informacji natrafiłem na kilka artykułów oraz materiałów reklamowych samych punktów barberskich. Było w nich napisane, że współczesny barber to nie tylko miejsce, gdzie się ostrzyżesz i ogolisz, ale także miejsce spotkań, dyskusji i nawiązywania nowych relacji. Dla klientów znajdzie się nawet coś do picia w formie kawy, herbaty a nawet piwa czy szklaneczki whisky. „Bardzo fajnie” – pomyślałem i od razu przyszedł mi na myśl film „Barbershop” z Ice Cube’m oraz wspomnienia z wizyt u Pana Tobiasza lub Pana Stanisława. Tam klienci już się kojarzyli, w kolejce pojawiały się wspólne tematy i dyskusje dzięki czemu czekanie na swoją kolej było przyjemnością. Sam Mistrz często zabieral głos a i jego „pacjent” musiał się wtrącić, odwracając przy tym nerwowo głowę w stronę oczekujących, ku irytacji Mistrza, gdyż klient wiercił się na fotelu i utrudniał mu robotę. Może nie było whisky, piwa ani nawet kawy i herbaty, ale i tak było fajnie. Dobry napitek mógł tylko dodatkowo polepszyć klimat 🙂

W dzień wizyty, pierwszy fakap był taki, że pośród „szklanych domów” trudno znaleźć miejsce do zaparkowania. No cóż, uroki „Warszawki”. W środku zakład urządzony specjalnie w stylu vintage, co ze szklanym biurowcem, w którym się znajdował stanowiło niesmaczny kontrast. Decoupage i inne podobne techniki królowały na meblach tego przybytku. Od razu dało się też poznać, że mamy wielkie gawno z integracyjnego klimatu, bo stanowiska barberskie są oddzielone szklaną ścianą od poczekalni, która wygląda jak kawiarnia, i w której nie ma nikogo… No bo jak miałby ktoś być, skoro prawie wszyscy umawiają się na ścisłą godzinę korzystając z aplikacji.
Barber (Obcokrajowiec. Zaczął rozmowę po angielsku, i tylko w tym języku rozmawialiśmy), który mnie obsługiwał pokryty był w 99% tatuażami i piercingami. Nie zdziwiłbym się, gdyby powiedział mi, że tatuaże i piercingi ma też na jajcach. Atramenem z jego dziar mógłbym napełnić drukarkę na rok, a za piercingi wziąłbym z 1000 zł jakbym je zważył na „Dębku”.
Co jak co, ale koleś znał się na robocie. Ostrzygł mnie tak, jak chciałem, a z mojej brody wyciął istny majstersztyk. Wracając z barbershopu byłem przekonany, że gdybym nie był w związku i nawet, gdyby dodać mi 30kg wagi i odjąć 20cm wzrostu, dzięki zadowoleniu i pewności siebie, które uzyskałem po strzyżeniu, mógłbym w 5 minut uwieść każdą napotkaną Panią. Oczarowany efektem pierwszego strzyżenia mojej brody, połączonym ze strzyżeniem włosów, z zadowoleniem zapłaciłem półtorej stówy za zabieg.

Jednak, po trzech dniach, pięknie wycięty kontur mojej brody, poprzedzony nałożeniem gorącego ręcznika na twarz, zaczął zarastać nowym owłosieniem i wymagał ponownego odświeżenia. Zaczął też odrastać i powtórnie się mierzwić. Stanąłem więc przed dylematem – poprawić to sobie samemu, lub udać się znowu do „barbera” i być lżejszym o kolejną stówę. Ponadto tyle się pisze o konieczności właściwej pielęgnacji zarostu – olejkami, balsamami etc., aby utrzymał on swój atrakcyjny wygląd. Zgadzam się z tym, gdyż wtarty w owłosienie specyfik zdecydowanie poprawia jego wygląd i pomaga właściwie go rozczesać i ułożyć. O dziwo, po dość drogiej sesji barberskiej nie nałożono mi żadnego olejku ani nic innego. Barber po prostu wytarł mi facjatę ręcznikiem i wybił należność na terminalu.
Gdzież są te zachwalane „wartości dodane” jak integracja i pogaduchy w zakładzie barberskim?
Otóż prawda jest taka, że my, faceci, w zasadzie w dupie mamy sztucznie budowany klimat i pogaduchy. Chcemy być tylko profesjonalnie ostrzyżeni i ogoleni. Te dodatkowe, klimatyczne, rzeczy wynikają same z siebie, przy udziale kwestii takich, jak niewygórowana cena usługi, która pozwala odwiedzać fachowca częściej, przez co i fryzjer i klienci zaczynają się nawzajem kojarzyć i nawiązują relacje. Druga sprawa to klasyczny sposób przyjmowania klientów – najlepiej z ulicy. Klasyczni fryzjerzy zawsze byli działalnością lokalną, co zawężało grono klientów, więc sprzyjało poznawaniu się, integracji i przyspieszało czas oczekiwania na usługi. Wobec tego, konieczność poczekania 15 min. w kolejce nikogo nie przerażała. Wspomniani Panowie Tobiasz i Stanisław już zadbali o to, zebyśby w tej kolejce zbyt długo nie czekali, a jeśli już to zabawili nas naturalną, niewymuszoną rozmową. Wszystko kosztowało, w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze (z uwzględnieniem inflacji) ze 20-30zł, więc mogliśmy kilka razy częściej wybrać się do Nich i tyle samo razy cieszyć się profesjonalnie ogarniętymi włosami i brodą.
W całym tym pseudopostępie nie zauważyliśmy kiedy fryzjer zaczął być kojarzony wyłącznie ze strzyżeniem włosów, bez golenia zarostu i cięcia brody. Nie zauwazyliśmy, kiedy usługa strzyżenia, z usługi pierwszej potrzeby w każdym skupisku ludzkim, z rzemieślniczego fachu została wyniesiona do niewiadomo jakiej sztuki, której cena sprawia, że portfel nam się marszczy. Nie zuważyliśmy kiedy klasyczna brzytwa odeszła do lamusa, a „fryzjer” mógł nam co najwyżej wygolić włosy z tyłu szyi elektrycznym trymerem lub jednorazówką. Teraz, oczywista niegdyś dla fryzjera brzytwa, wraca w asyście durnie napompowanej hipsteriady.
W ogóle to mówiąc „brzytwa”, dzisiaj mamy na myśli raczej tzw. shavettę, której ze względów sanitarno-epidemiologicznych używają współcześni fryzjerzy. Shavetta to taka a’la brzytwa, której ostrze jest wymienne – zwykle na popularną żyletkę, przy czym narzędzie zachowuje wygląd i formę klasycznej brzytwy – jest składana i Mistrz operuje nią majestatycznie przekładając ją przez palce. Pan Tobiasz i Jego uczeń, Pan Stanisław używali właśnie shavetty – Pan Tobiasz kiedyś pokazał mi i objaśnił jej funkcję i budowę.

Z wizytami u w/w Panów mam wiele ciekawych wspomnień. Pierwsza wizyta u Pana Tobiasza napawała mnie przerażeniem, ponieważ na stoliku leżało 5 par okularów a Pan Tobiasz strzygł mnie nie używając żadnej z nich. Bałem się, że wytnie mi wielkie, łyse gniazdo. Jednak, nie bez kozery na ścianie wisiał dyplom mistrzowski – po wizycie u Pana Tobiasza zawsze wyglądałem jak milion dolarów. Pan Tobiasz mógł strzyc z zamkniętymi oczami. Pan Stanisław także wzbudzał podobne obawy – on z kolei nosił okulary, wielkie jak lornety. Był jednak uczniem nie byle kogo, więc o efekt końcowy nie należało się obawiać.

Wspominani Panowie, jak i wielu im podobnych w tych czasach nie mieli wymyślnych, farbowanych fryzur, żadnych tatuaży ani stosu piercingów. Byli świetnymi fachowcami w swojej profesji i tym się bronili. Nie potrzebowali obecnej dzisiaj hipsterskiej otoczki. I tego właśnie powinniśmy oczekiwać od fryzjera/barbera – wyłącznie fachowości. Męskie, krótkie włosy nie są materiałem, z których można by „rzeźbić” artystyczne wzory. Oni mają wiedzieć jak strzyc by wyszło tak, jak klient chce, ewentualnie być na tyle na bieżąco z trendami by doradzić coś a potem to „wyciąć”. I Ci panowie właśnie tak robili – strzygli tak, jak chcieliśmy, ewentualnie doradzili a czasem nawet zadecydowali za nas 🙂

Mi w końcu udało się znaleźć barbera, który zna się na robocie, a jednocześnie zachowuje ludzkie ceny. Pozwala mi to odwiedzać go często bez wyrzutów sumienia, że przepłaciłem uiszczając cenę zawyżoną przez rzeczy, których nie potrzebuję (np. sztucznie wystrojony w stylu vintage, drogi lokal, piwo w poczekalni czy tatuaże barbera). Pomiędzy wizytami sam reguluję brodę maszynką elektryczną, której obecność w domu zapewniła moja druga połowa, a kontur wycinam klasyczną maszynką na żyletki. Polecam klasyczną maszynkę, gdyż, o dziwo przy odrobinie wprawy, goli dokładniej niż współczesne multiostrzowe wydumki. Pozwala precyzyjnie wyznaczyć linię golenia i wyciąć kontur brody, co przy systemówkach nie jest w ogóle możliwe. Do tego klasyczna woda po goleniu typu Wars lub Brutal o mocnym, męskim zapachu i masz +100 do zawartości testosteronu 🙂

Pan Tobiasz przeżył prawie 100 lat będąc prawie do końca aktywnym zawodowo i mam nadzieję, że tam, gdzie teraz jest, doceniają jego fach tak samo lub jeszcze bardziej niż ja. Pan Stanisław chyba jeszcze żyje, ale nie wiem, czy nadal prowadzi swój zakład. Życzę Im wszystkiego dobrego.

Pozdrawiam,
Wasz Wujaszek

23
Zanim zostawisz komentarz, przemyśl jego treść. Pamiętaj, że nie jesteś anonimowy w sieci i może Ci grozić odpowiedzialność karna lub cywilna, ze strony osób, które mogą się poczuć pomówione lub zniesławione. Administrator nie ponosi odpowiedzialności za zamieszczone w komentarzach treści.

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
A.B.
Gość
A.B.

„Wujaszku”, świetne pióro! Choć tematyka mało interesująca dla połowy narodu – to czyta się samo, od deski do deski, niczym najnowszy bestseller. Bardzo proszę o więcej takich tekstów, o ile można prosić – bardziej zakorzenionych w stoczkowskiej, a mniej w warszawskiej rzeczywistości. A jeśli chodzi o stoczkowskich mistrzów sztuki fryzjerskiej, to nadal jest dobrze. Jest np. w Stoczku fryzjerka, do której można pójść na umówioną godzinę, nic nie mówiąc zasiąść na fotelu zamykając błogo oczy – i za każdym razem wyjść z inną fajną kreacją na głowie. I to za pieniądze mocno śmieszące nie tylko mieszkańców stolicy! „Mieszkanko Stoczka”, choć… Czytaj więcej »

trochę myślący
Gość
trochę myślący

Artykuł jest najzwyklejszą „przykrywką”, czyli odwróceniem uwagi od panujących spraw w Stoczku. Przeważnie odwraca się od nieprzyjemnych zdarzeń.
Mieszkanko „Ten portal, to unikatowe miejsce zrzeszające społeczność lokalną o różnych osobowościach.” to tez moje marzenie, ale niestety tak nie jest. i uwierz, że ” zaglądają tu również ludzie o wysokiej kulturze osobistej, którzy lubią czytać i potrafią docenić, że ktoś zupełnie bezinteresownie i z zaangażowaniem chce podzielić się swoimi przemyśleniami i opiniami na różne tematy”

a.b
Gość
a.b

np tak nieprzyjemnych jak 1mln zł na targowicę

FELIETONISTA NIEWYGODNYCH FAKTÓW
Gość
FELIETONISTA NIEWYGODNYCH FAKTÓW

A ile do tego trzeba dołożyć z banku? O tym juz zapominasz dopisać.

I po co Ci to?
Gość
I po co Ci to?

Wyręczę Panią Agnieszkę- jaki procent wkładu własnego, tyle trzeba wziąć kredytu, czyli zwiększamy zadłużenie Miasta.

Wladek
Gość
Wladek

Wszystko ma swój urok po latach kiedy się do tego wraca w jesienny wieczór przy ciepłej herbacie.u śp.p.tobiasza było coś jeszcze prowadziło się rozmowy począwszy od 2 wojny światowej a i były tematy polityczne bo to były czasy komuny.dzis tego już chyba nie ma w tych nowoczesnych ..salonach.. leci głośna muzyka a po za tym teraz sporo ludzi w stoczni strzyze się po chalupach

Piotr Urbanek
Gość
Piotr Urbanek

Świetnie się to czyta. Oby częściej takie teksty tu trafiały. Pozdrawiam

piston
Gość
piston

Może i Heinrich pisze zwykle bzdury, ale po raz pierwszy jego „felieton” trafił w sedno. Faktem jest że młode społeczeństwo w wawie to lalusie i pierdoły. (w stoczku też) a cały ich świat jest marnym popisem, ‚bo tak robią wszyscy’. Mało jest już prawdziwych mężczyzn. pozdro