Wujaszek Heinrich uczy i bawi: „Cappuccino na pojedynczym”, czyli o tym, że urodziłem się kilkadziesiąt lat za późno

Śpię w pokaźnym, wysokim na kilkanaście kondygnacji „domu wielorodzinnym”, usytuowanym na dzielni będącej częścią samego centrum pieprzonej Europy. Sen mój, jak co dzień przerywa sygnał smartfonowego budzika, tylko po to, abym, co najmniej 6 razy nacisnął „drzemkę”, a potem zorientował się, że na zjedzenie śniadania jest już za późno. Zamiłowanie do spania połączone z zamiłowaniem do nocnego przesiadywania przed laptopem lub książką, tudzież ze słuchawkami na uszach sprawia, że rano jest czas wyłącznie na ultraszybki prysznic, w czasie którego żelazko już się grzeje, by zaraz doprowadzić do ładu jakąś koszulę. Dziesięć minut później wychodzę z bloku, mówię „dzień dobry” sąsiadom i jak co dzień stwierdzam, że tu, gdzie mieszkam jest całkiem normalnie. W przeciwieństwie do lokacji, w której znajdę się w 15 minut po zajęciu miejsca za sterami najszybszej fury na dzielni. No właśnie… dojechałem do pracy… teraz to jestem wręcz w epicentrum Polski, Europy i wszechświata w ogóle. Normalnie tak, jakby trafić rzutką w sam środek tarczy z mapą kuli ziemskiej. Po godzinie pracy przypominam sobie, że śniadanie jeszcze przede mną, więc wypełzam z biura… i tutaj zaczyna się właściwa opowieść.

Jako dorosły, słusznych gabarytów facet, lubię porządnie zjeść… problem w tym, że w promieniu kilkuset metrów, wszelkie lokale gastronomiczne nie są po to, by w nich zjeść tudzież napić się, lecz po prostu bywać. Z braku czasu wchodzę do najbliższego. Oprócz kawy parzonej na wszystkie możliwe sposoby oraz ciastek do niej, z rzeczy niesłodkich są tam tylko modne ostatnio różnej maści tarty i stylowe bagietki, przepasane gustowną, kartonową etykietką… poza tym kolejka jak cholera, jednak ekspedienci, ekhhmmm…, przepraszam, BARIŚCI, uwijają się jak mogą, bo chyba mają prowizję od ilości sprzedanych kaw. Zatem stoję w kolejce, niczym po cukier w PRL-u, zaraz za gościem z dziesięcioma kucykami na głowie i stosem rzemyków i gumek na nadgarstkach. Rozglądam się po sali i stwierdzam, że nie ma miejsc siedzących. W tym samym czasie, na oko 17-letni BARISTA kończąc ulewać urocze serduszko ze spienionego mleka na wierzchu kawusi, którą zaraz wręczy gościowi z dziesięcioma kucykami i stosem rzemyków, spogląda na mnie i pyta: „co dla ciebie?”… Hmmm… krów ze mną raczej nie pasł, a ja tak na oko jestem dobrych kilkanaście lat starszy, ale ok. – może chciał mi dać do zrozumienia, że młodo wyglądam. Z racji iż nie było gdzie usiąść, podziękowałem Panu BARIŚCIE za komplement i poinformowałem, że się rozmyśliłem. Zmieniam lokal. W drugim lokalu mają „lunche”, ale dopiero po południu, więc muszę się zadowolić zestawem śniadaniowym, który notabene nie jest taki zły, jednak rozmiar porcji przebija nawet ubóstwo rodem z łukowskiego szpitala. Do śniadanka oczywiście herbata, bo na kawy z serduszkami patrzeć nie mogę. Oczekując na jedzenie, jak zwykle obserwuję towarzystwo, wszak „z obserwacji płynie nauka”. Za mną siedzi troje ludzi, którzy dzień w dzień wychodzą z biurowca obok, by resztę dnia przesiedzieć przy filiżance modnej kawusi słuchając jednego z nich, który albo jest ich szefem i są zmuszeni go słuchać, albo są tak tępi, że wydaje im się, że ów jegomość mówi im coś naprawdę mądrego. Facet z wielką ekspresją uświadamia swych biednych słuchaczy o psychologicznych aspektach podejmowania decyzji przez klientów… brzmi górnolotnie, jednak prawi takie banały, że nawet nie jestem w stanie powtórzyć. Mówi dużo o pieniądzach (mniej-więcej co drugie zdanie), gestykuluje i podnieca się przy tym tak, jakby zaraz miał dostać ejakulacji. Wilk z Wall Street się przy nim chowa. Zastanawiam się jakie studia skończył, bo na specjalistę w dziedzinie innej niż głupia gadka mi nie wygląda. W ogóle to myślałem, że podczas przerwy na kawę w pracy, powinno się rozmawiać o wszystkim, tylko nie o pracy. Widocznie jednak on i siedzące z nim dwie potakujące kukły są tak tą, podejrzewam niezbyt skomplikowaną, pracą podnieceni, że nie mogą przestać ani na chwilę. Współczuję ich współmałżonkom. Miałem nie palić, jednak słuchając tych dyrdymałów ręka sama sięga po fajfra. Odpalam w oczekiwaniu na śniadanie wielkości połowy śniadaniowej porcji mojego kota. Myślę, że brakuje tu dziś jeszcze osoby, której płeć na pierwszy rzut oka trudno określić… Zdążyłem pomyśleć, i oto jest. Flegmatycznym ruchem zajmuje miejsce za stolikiem osobnik w przykrótkim t-shircie odsłaniającym pępek, ponadto podziurawionym żyletką w miejscu żeber, w spodniach podwiniętych do połowy łydek, tak obcisłych, że jeśli były w nich jakieś jajca, to już dawno jest tylko miazga. Całości outfitu dopełniały buty przypominające takie skarpetki, które panie zakładają pod balerinki. Podchodzi kelnerka by wziąć od niego zamówienie. Koleś wymawia półszeptem „cappuccino na pojedynczym”, gestykulując przy tym i wachlując dłońmi jakby cierpiał na niedowład mięśni nadgarstków i palców. Chociaż mały palec u prawej dłoni miał chyba na stałe sztywny, bo kiedy delektował się połową łyczka swej kawusi (żeby przypadkiem po chamsku, za szybko jej nie wypić) miał go cały czas wyprostowanego, jakby chciał pokazać, że mu zdrętwiał zapewne od penetrowania odbytu  swojego współlokatora z wynajmowanego pokoju, który jest siedzibą ich postępowego, delikatnie lewicowego kolektywu. W międzyczasie, przy stoliku obok zasiadła para. Pomimo iż był 35-stopniowy upał, facet miał na głowie wełnianą czapkę, spod której wystawały małżowiny uszne z centymetrowej średnicy tunelami. A dziewczyna – no cóż. Całkiem normalnie. Jeansy i t-shirt. Makijażu nawet widać nie było, jeśli już to bardzo delikatny. Przy tym kolesiu wręcz „niedostylizowana”, podczas kiedy on – „przestylizowany”… tak tak… dożyliśmy czasów, w których faceci potrafią przykładać większą wagę do swojego wyglądu od kobiet. Pani zamówiła soczek wyciskany, a „pan” kawę w filiżaneczce, na oko, pojemności „pięćdziesiątki”, którą wręcz z namaszczeniem doprawiał, mieszał i smakował, bo piciem tego nazwać nie można. Męska niewiasta od „cappuccino na pojedynczym” zawołała kelnerkę i poprosiła troszkę zimnego mleka, bo kawusia jednak za mocna i ciut za gorąca. Przyszło moje śniadanie. W międzyczasie wykonałem i odebrałem z 10 telefonów, załatwiając tyle samo spraw. Śniadanie zjadłem i wypiłem swoją herbatę. Zajęło mi to 15 minut, po czym uregulowałem rachunek w kwocie, za którą, a jakże, gdzieś indziej zjadłbym przyzwoity obiad. No i wyszedłem. Koleś od cappuccino rozmawiał przez ajfona kwieciście drobiąc słówka jak gejsza, a gość z tunelami nadal pastwił się nad kawą, której ilość nie wypełniłaby w połowie literatki przechylanej za pamiętnych czasów „na raz” przy barze na legendarnym „Dołku”. Szybkim krokiem udałem się do mojej najszybszej fury na dzielni, by odbyć odstresowującą podróż służbową poza miasto.

Jeśli ktoś spodziewał się w tym tekście jakiegoś zawiązania akcji, to muszę go zmartwić. Nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło, jednak codzienna obserwacja takich scen przeraża mnie na tyle, by o tym napisać. Po drodze w podróż służbową zastanawiałem się, czy to świat głupieje, czy ja do niego nie pasuję. Może urodziłem się kilkadziesiąt lat za późno, bo chyba kiedyś to wszystko wyglądało normalniej. W moich oczach ludzie siedzący w tym samym czasie w kafejce prezentowali się wręcz komicznie, jednak patrząc z drugiej strony to mój klasyczny ubiór, jak i zachowanie (bo w lokalu spędziłem tyle ile potrzeba na zjedzenie śniadania, bez zbędnego, niezrozumiałego celebrowania tego wydarzenia), mogło być dla tamtejszego towarzystwa dziwne, bo w sumie oni stanowili tam większość. Mieszkam w tym mieście już wiele lat i czuję się tu coraz bardziej obcy. Sporo mówi się ostatnio o wojnie – że Putin pręży muskuły, że może do nas zawitać na korpusie czołgu. Do niedawna byłem przekonany, że w takim przypadku, moim jedynym i oczywistym wyborem będzie „zaciągnięcie się” i walka z najeźdźcą. Wiadomo, że mi, jak i nikomu to „nie na rękę”, ale uważałem, że to wręcz wstyd, żeby spi*rdalać w obliczu ataku. Jednak ciekaw jestem niezmiernie jak wtedy zachowaliby się ludzie, którzy siedzieli w tej kawiarni. Czy przypadkiem nie byłoby tak, że ja i mi podobni poszlibyśmy się bić, właśnie za takich zniewieściałych farfocli? Obyśmy się nigdy nie przekonali…

Powracając do opowieści – z podróży wróciłem do biura po trzech godzinach. Wychodząc z auta, zauważyłem, że „Cappuccino na pojedynczym” nadal siedziało nad filiżanką, macając paluchem leżącego na stole ajfona. Koleś z tunelami także jeszcze nie dopił swej XXL kawy. Tylko „klasyka biznesu” i dwojga jego wafli już nie było. Zacząłem myśleć czym zajmują się ci ludzie, że mają czas pół dnia siedzieć nad jedną filiżanką kawy w tym ciut przydrogim lokalu…. że im się w ogóle tak chce…. Może są miliarderami i z braku zajęcia tak właśnie spędzają czas. W sumie, wydawali się tacy delikatni i wysublimowani, że nie zdziwiłbym się, gdyby po każdego z nich z osobna podjechała długa na 10m klimatyzowana limuzyna, a szofer otworzył im drzwi. Nic z tych rzeczy. Kiedy wrzucałem monety do parkomatu, poczułem uderzenie wiatru wywołanego przez biegnących jak na zabój kolesi – tego od tuneli w uszach i od cappuccino na pojedynczym. Nie biegli do limuzyny, lecz na przystanek do właśnie odjeżdżającego, żółto-czerwonego Solarisa stołecznego ZTM-u… Tylko pani, co piła soczek została tam sama.

Dwie godziny później, kończąc pracę, stwierdziłem, że weekend chcę spędzić jak na prawilnego Warszawiaka przystało – poza Warszawą. A że był piątek, od razu wsiadłem do najszybszej fury na dzielni i obrałem azymut na Szosę Lubelską. Trochę korka w Kołbieli, lecz za 2 godziny triumfalnie minąłem tablicę z napisem „Stoczek Łukowski”. Wjeżdżając do mojego miasta, co chwilę unoszę rękę pozdrawiając przechadzających się tu i tam znajomych. Chwila odpoczynku, rozpakowanie gratów, głębszy oddech na moim zielonym podwórku i już za moment Pani za barem leje mi duże z pianką, a w mikrofali kręci się dla mnie kozacki hot-dog. Z portfela ubywa raptem 10zł. Zbijam pionę ze znajomymi, którzy dobijają do lokalu. Może nie wszyscy są super wyrafinowani i wrażliwi na smak kawy… ważne, że są swoi. Bez zbędnego nadęcia i przerostu formy, przykładania wagi do doboru słów, mogę cieszyć się weekendem pijąc piwo i oglądając mecz w głośnym, roześmianym towarzystwie. Tak, jestem u siebie. Tu jest mój dom. I w dupie mam to, że nie wiem, co to jest „cappuccino na pojedynczym”.

Opanowałem sztukę spania z otwartymi oczami,
telekinezę, telepatię,
chcę Cię ściągnąć myślami…

12
Zostaw komentarz

avatar
7 Comment threads
5 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
awarszawiakd Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
esmeralda
Gość
esmeralda

Haters gonna hate 🙂 Nie zwracać uwagi. Chciałam się podzielić obserwacjami podobnymi do autorskich, dotyczącymi zwracania się per Ty i po imieniu. Strasznie mnie to denerwuje, mimo że owszem mogę pozostać sobie w złudzeniu, że pewnie po prostu nadal młodo wyglądać, czemu by się przejmować. Zastanawiam się, czy nie jest to też trochę kalka z kultury anglosaskiej czy anglojęzycznej czy nawet bad international English, że młodzi, szczególnie adepci życia w dużym mieście non stop się zwracają per Ty do wszystkich. Kiedyś w jednej międzynarodowej organizacji o kulturze organizacyjnej prawie że korporacyjnej pracowało mi się przez jakiś czas, i koleżanką była… Czytaj więcej »

emerytka
Gość
emerytka

Mamy swoją tradycję, kulturę, zwyczaje – nie ma w niej miejsca na powszechne „tykanie”. Mnie taki „egalitaryzm” bardzo razi. Nie każdą modą przychodzącą z Ameryki trzeba się zachwycać i naśladować. Jedynie w sieci – jak najbardziej pasuje mówić bezpośrednio. Poza siecią – tylko z wybranymi osobami. Jako emerytowana nauczycielka uzurpowałam sobie prawo mówienia na ty do wszystkich swoich byłych uczniów i myślę, że nie mają nic przeciwko temu. Nie znoszę, jak różni sprzedawcy usług (ubezpieczeniowych, bankowych, telekomunikacyjnych) natychmiast się „zaprzyjaźniają” (jednostronnie) mówiąc: pani Zosiu, pani Katarzyno itp. Zastanawiam się, po co tych młodych ludzi szkoli się w ten sposób. Samo… Czytaj więcej »

esmeralda
Gość
esmeralda

A po imieniu do rodziców – to już w ogóle!!! Bardzo ciekawe co do lekarzy… taka bezosobowość według badań pozwala im odcinać się od pacjenta, nie przyjmować zbyt blisko do serca wszystkiego. To taka strategia obronna. A sprzedawcy też stosują techniki manipulacyjne, od razu narzucają nieformalny ton rozmowie, żeby współrozmówca poczuł się niejako bezpieczniej, bardziej się otworzył.. mi oczywiście nóż w kieszeni się otwiera 🙂

wczasowiczka
Gość
wczasowiczka

Spędzam wakacje nad Świdrem. Z powodu słabszej pogody postanowiłam posurfować p WWW i trafiłam na ten portal i na ten felieton. Zerknęłam na komentarze i postanowiłam się przekonać czy ta miażdżąca krytyka niektórych komentujących pod felietonem jest zasłużona. Podczas czytania towarzyszyły mi emocje, chwilami ambiwalentne, ale tekst mnie wciągnął. Z zaciekawieniem przeczytałam także poprzedni felieton tego pana. Reasumując, szkoda, że tylko dwa felietony napisał. A teraz zwrócę się do hejterów. Drodzy hejterzy, przecież ten felieton, w przeciwieństwie do niektórych dzisiejszych felietonowych kup startujących w poważnych rankingach, nie powstał z myślą o Nagrodzie Pulitzera ani nawet nagrodzie w konkursie felietonów w… Czytaj więcej »

warszawiak
Gość
warszawiak

Pracuję w Warszawie i opisane scenki lokalowe obserwuje na codzień.Potwierdzam spostrzeżenia autora jednak często zadaję sobie pytanie ,kim są obserwowane osoby czy aby nie takimi jak on sam zblazowanymi ,wyniosłymi i uważającymi się za lepszych ,,słoikami,, ktorym Warszawa w głowach poprzewracała.

krzys
Gość
krzys

Wynurzenia sfrustrowanego pana w kryzysie wieku średniego.

a
Gość
a

Idz lap pokemony. Podobno na Izydorach jest Squirtle

zdziwiony
Gość
zdziwiony

Panie Tadeuszu,
Skoro Pan nie czytał, to skąd taka zdecydowana opinia na temat powyższego tekstu?

Tadeusz Norek
Gość
Tadeusz Norek

chu*owe, nie czytałem 😀